Czy możemy się jeszcze czegoś nauczyć?
W ciągu ostatnich trzech lat obserwujemy dziwną sytuację branży solaryjnej w Niemczech - czyli kraju, który nazywany jest kolebką usług opalania. Sytuacja ta zaczyna być również ku mojemu zaniepokojeniu widoczna w naszym kraju. Nie możemy go nazwać kolebką branży solaryjnej, ale może będziemy mogli go kiedyś nazwać kolebką nowej, profesjonalnej branży usług opalania. Jeśli zareagujemy wystarczająco wcześnie, to nie tylko uchronimy ją od szybkiego upadku, ale wyprzedzimy w czymś Niemców i to będzie powodem do dumy.
Powróćmy do tego, co dzieje się w Niemczech. A nie dzieje się dobrze i na pewno nie tak wyobrażał sobie branżę jej twórca Friedrich Wolff, budując pierwsze solarium. Można powiedzieć, że sytuacja staje się trochę podobna do tej, jaką stworzyła nasza rodaczka Maria Skłodowska-Curie. Oczywiście branża solaryjna w przeciwieństwie do broni atomowej nie ma siły masowego rażenia, ale wydaje się, jakby w tę stronę chciała ewoluować. Piszą o nas źle, mówią o nas źle, wytykają palcami w czasopismach i na billboardach, a my z uporem maniaka smażymy ludzi na ich własne żądanie, tłumacząc się przy tym, że "to nie my, tylko oni tego chcą". Ludzie też chcieli radu, który w czasie wojny ratował życie wielu tysiącom połamanych żołnierzy. Do dzisiaj dzięki promieniom Roentgena jesteśmy w stanie ratować życie. Ale druga strona tego samego medalu to broń masowej zagłady i czerwone przyciski, których naciśnięcie może szybko wywołać światowy konflikt i koniec cywilizacji.My wciskamy przyciski sterujące tym, co stanie się ze skórą naszego klienta. Czym różnimy się od nich w tej grze? Chyba tylko rozmiarem strat i tym, że "nam wolno, bo ludzie tego chcą".
Lekarstwo czy trucizna?
To przykre porównanie i oczywiście nieco na wyrost. Jednak takie właśnie skojarzenia przychodzą mi do głowy, kiedy pomyślę, czym mogłaby być branża solaryjna, która jako jedna z nielicznych sprzedaje ludziom uśmiech, zadowolenie i lepsze samopoczucie. Umożliwia ludziom kontakt ze słońcem, niezbędnym do życia i szczęścia - nawet w deszczowe jesienne poranki, zimne wieczory, a dla tych, którzy są zmuszeni pracować do późnych godzin, świeci nawet w nocy. Słońce, które ma w sobie tyle energii życiowej, które leczy, poprawia samopoczucie i może być zdrowe pod warunkiem zachowania umiaru w kontakcie z nim. Jak każde lekarstwo - może być również niezdrowe. Już ojciec nowożytnej medycyny, Paracelsus, udowodnił, że substancja, która jest trucizną, może być w odpowiedniej dawce jedynym lekarstwem. Bardziej dosłowne i zdecydowanie bardziej obrazowe jest ludowe przysłowie: Czego za dużo, tego nawet świnia nie zje. Podobnie jest z naszą skórą, której to promienie słoneczne potrzebne są do życia,
ale ich nadmiar może doprowadzić do poważnych komplikacji, a nawet śmierci.
Kto jest winny?
Czy cały ten szum wokół solariów i ich szkodliwości jest bezpodstawny? Zadajmy sobie to pytanie i spróbujmy na nie szczerze odpowiedzieć. Czy to nie my - właśnie właściciele solariów - jesteśmy winni tego szumu, czy to nie my umożliwiamy mediom robienie z nas kozła ofiarnego?Niestety, podobnie jak klienci opalający się po 20 minut na własne życzenie, my na własne życzenie wystawiamy się na pierwszy ogień do ostrzału mediom żądnym sensacji. Tym samym stajemy się łatwym łupem dla dużo od nas większych i bardziej majętnych branż - kosmetycznej i farmaceutycznej, dla których solarium jest wrogiem numer 1. W tym przypadku dobry wróg i atmosfera strachu oznacza dodatkowe źródło dochodu. Do paszczy lwa na własne życzenie? Przecież nikt - poza naszą własną chęcią szybszego zysku - nas do tego nie zmusza.Dlaczego nie mówimy naszym klientom o tym, żeby się opalali tylko tyle, ile wytrzymuje ich skóra, czyli do momentu jakiegokolwiek podrażnienia? Dlaczego nie staramy się ograniczać czasu opalania,
współczynników lamp na rzecz zwiększenia ilości wizyt? To umożliwiłoby osiągnięcie długotrwałego brązu w zdrowszy dla skóry sposób. Może dlatego, że boimy się o dzisiejszy stan kasy, czy może nie jesteśmy w stanie poświęcić się dla dobra klienta, może nam się po prostu nie chce, a może nie jesteśmy tego świadomi? Mam cichą nadzieję, że znajdzie się grupa ludzi, która po przeczytaniu artykułów z działu POLEMIKA uświadomi sobie tę sytuację i sięgnie po narzędzie, jakim jest wiedza. Oby owa grupa była jak największa. Ekonomia i marketing nie zastąpią wiedzy na temat zjawiska powstawania opalenizny, tak samo jak nie zastąpią kartki w salonie mówiącej o przeciwwskazaniach korzystania z solarium oraz zasadach bezpiecznego opalania. Są oczywiście potrzebne, aby prowadzić swój biznes i osiągać sukcesy, ale czy reklama i promocje wystarczą, aby odeprzeć atak mediów ukazujących się w skali roku w milionowych nakładach? Na pewno nie. To, co robią nasi zachodni sąsiedzi dla uzdrawiania lub utrzymania branży, świadczy o tym, że nie warto czekać do końca.
Powody kryzysu
W Niemczech jest coraz gorzej i nasi zachodni sąsiedzi muszą się mocno napracować, aby coś utrzymać - nie mówiąc o poprawie, a tym bardziej powrocie do dawnej świetności branży, która faktycznie możliwa do końca nie jest. Nie jest i to moim zdaniem z kilku powodów, których nie zauważyli nasi zachodni koledzy po fachu.Sukcesy branży niemieckiej oparte były na latach wyżów demograficznych i społeczeństwie, które dynamicznie się rozwijało. W latach świetności to społeczeństwo należało do najbogatszych na świecie. W latach 80. i 90. było tu również bardzo dużo młodych ludzi w wieku 16-28 lat - czyli najważniejszej grupy docelowej, do jakiej skierowano usługi solaryjne. Ludzie ci mieli zarówno czas, jak i pieniądze, które chętnie wydawali w kwitnących ekonomicznie salonach solaryjnych.Dzisiaj niestety już tak nie jest, ponieważ profil rodziny, jak i grup społecznych się znacznie zmienił. Grupa docelowa się skurczyła, nie jest już tak zamożna jak dawniej i znacznie bardziej zróżnicowana narodowościowo i rasowo.
Pech chciał, że liczni gastarbeiterzy, odznaczający się przy tym niezwykłą w tym kraju wielodzietnością, nie korzystają z solariów, bo mają już ciemną karnację. Inne grupy etniczne nie mają takich potrzeb lub zabrania im religia. Jeszcze inne nie są w takim duchu wychowane i preferują inne zajęcia. Zostaje zdziesiątkowana stara grupa docelowa i trudności w pozyskiwaniu innych grup wywołane licznymi nagonkami mediów na opalanie. Ci, którzy mogliby się opalać (czyli ludzie w wieku 28-35 lat), są często odbiorcami bardzo wpływowej prasy kobiecej. I jak na złość - nie mają potrzeby opalania się, nie mają potrzeby wyglądania atrakcyjnie, nie szukają już partnerów życiowych. Atrakcyjność straciła na znaczeniu na rzecz zdrowia.
Jakie są szanse?
Tak więc czy grupa ta jest faktycznie do zdobycia? Obawiam się, że nie - a nawet jeśli tak, to z wielką trudnością. Kobiety świadome procesu starzenia się swojej skóry będą wystarczająco zastraszone niebezpieczeństwem, jakie niosą promienie UV, i nawet jeśli już zdecydują się na brąz, to poszukają go w tubkach z samoopalaczem. Takich reklam w prasie kobiecej nie zabraknie. Te same osoby prędzej pójdą na plażę, aniżeli wybiorą solarium, ponieważ grubo nasmarowane kremem z filtrem 30 będą się czuły bezpieczne. Krem ten obiecuje im bowiem na plaży zdrowie i brąz jednocześnie.Jak widać, aspektów sprawy jest dużo i łatwo się w nich pogubić. Można zapytać: jeśli jest ogólnie bardzo źle, to czy jest sens pogarszać sytuację, mówiąc, że nie ma nadziei? Dla Niemców ostatnia szansa ratunku to zatrzymać branżę w miejscu - na powrót świetności jest już za późno, bo za późno zareagowali. Z pewnych obliczeń wynika, że jeśli branża będzie się w takim tempie nadal osłabiać, to w roku 2012 nie zostanie z niej
nic poza wspomnieniem, jak to było fajnie. Jeśli my jesteśmy na tyle świadomi, aby szybko się uczyć na błędach innych, to reagujmy szybciej i nie dopuśćmy do powstania takiej sytuacji, w której prowadzenie salonu solarium balansuje na granicy opłacalności i jedynym wyjściem z sytuacji staje się zaniżanie ceny oraz wydłużenie czasu ekspozycji dla ratowania codziennego stanu naszej kasy.
Więcej w Solarium nr 40.