Strona główna | Spis treści |Archiwum
Pierwszy europejski Kongres Solaryjny
Pierwszy europejski Kongres Solaryjny to wydarzenie, o którym będzie głośno jeszcze długo. Kilkanaście miesięcy przygotowań nie poszło na marne i chociaż na cztery tygodnie przed terminem wszystko nie wyglądało tak różowo, jak wyobrażali sobie jego organizatorzy, to ostatnie dni przed kongresem przyniosły wiele bardzo pozytywnych niespodzianek. Frekwencja dopisała. Oczekiwano 200 osób, ale rzeczywistość przerosła te oczekiwania. Sala była wypełniona po brzegi przez ponad 250 uczestników, którzy zjechali się do zaskakującego swoim urokiem miejsca w Niemczech, jakim jest przypominający Disneyland Europa Park Rust.
Wprowadzenie
Organizatorem kongresu była niemiecka organizacja branżowa zrzeszająca właścicieli niemieckich salonów solaryjnych Photomed. Dla lepszego zrozumienia całej publikacji warto przypomnieć, że to właśnie ta organizacja wraz z Niemieckim Związkiem Producentów SLS kilka lat temu doprowadziła do wspólnej rozmowy przy okrągłym stole ludzi, którzy dotąd w innych państwach nigdy ze sobą nie rozmawiali. Chodzi oczywiście o rozmowy z rządowymi i pozarządowymi organizacjami zmierzającymi do ograniczenia mocy urządzeń solaryjnych. Można by nawet powiedzieć zgryźliwie, że organizacje te to wrogowie branży solaryjnej numer jeden. Niemniej branżowcom niemieckim najwyraźniej znane jest równie dobrze jak nam mądre przysłowie: jeśli nie potrafisz pokonać wroga, to się z nim zaprzyjaźnij. Oczywiście jest to poniekąd przenośnia, ale i zarazem jedyna droga odbudowania image`u branży, w której przez wiele lat myślano tylko o szybkim zarabianiu pieniędzy dzięki modzie na brązową skórę. I pomimo tego, że biopozytywne skutki opalania były wszystkim znane, nie czyniono nic, aby to rozpowszechnić. W zamian za to produkowano coraz mocniejsze maszyny i lampy, zasłaniając się jedną przesłanką, która brzmiała: nie moc, lecz dawka UV liczy się dla skóry. Trwało to latami, aż przestało trwać. Dawka przewyższająca dwukrotnie moc słońca na równiku nie jest czymś realnym i zarazem normalnym dla skóry i nie będzie ona obojętna. Mimo że nie ma badań potwierdzających tę tezę - brzmi po prostu bardzo logicznie. Tymczasem do tej pory na rynku pojawiały się coraz to mocniejsze lampy. I tak powstawała coraz to większa przepaść, której sami jesteśmy współwinni. Obserwujące to organizacje takie jak Stowarzyszenie Dermatologów czy Organizacja do Walki z Rakiem wypowiedziały wojnę branży, która pomimo swoich obietnic ograniczania mocy lamp nie dotrzymywała słowa, widząc, że skoro rynek tego chce, to klient naszym panem! Czy była to dobra droga? Nasi niemieccy sąsiedzi zdołali się przekonać, że nie. Z 8000 salonów została dzisiaj zaledwie połowa i 40% z pozostałych poważnie zastanawia się nad ich zamknięciem. Dlaczego? Ponieważ ceny opalania wymuszane przez duże sieci, np. SunPoint, tak zniszczyły lokalne rynki, że przeciętnego właściciela salonu już nigdy nie będzie stać na to, aby odnowić swój park maszynowy, a więc jego przyszłość stoi pod znakiem zapytania. Urządzenia opalające są coraz droższe, ceny prądu w przyszłości na pewno nie będą spadać, koszty wykwalifikowanego personelu już dzisiaj nie są do pokrycia, a liczba klientów z roku na rok maleje i to nie tylko dlatego, że społeczeństwo niemieckie staje się uboższe. Do tego dochodzi wojna z instytucjami, które nie dość, że mają w ręce logiczne argumenty, to są zdecydowanie bardziej popierane przez rząd i polityków w Brukseli.W tej sytuacji branża otworzyła trochę swoje zaspane lub też specjalnie przymrużone oczy i w roku 2003 zaczęła szukać przyjaciół. Pech chciał, że takowych nie znalazła, ponieważ jej image był nie najlepszy - żeby nie powiedzieć fatalny. Jeśli nie znaleziono przyjaciół, to jedynym rozwiązaniem było stawić czoło "wrogom". Lepiej próbować się dogadać, niż zostać zjedzonym bez powiedzenia nawet jednego słowa. Organizacja walki z rakiem czy też Niemiecki Związek Dermatologów oraz Państwowa Komisja Ochrony przed Promieniowaniem jako organ Ministerstwa Ochrony Środowiska to bardzo poważne instytucje, z którymi rozmawia się bardzo ciężko, a co dopiero komuś, kto na początku myślał, że może stawiać im warunki, bo ma za sobą biopozytywne skutki działania promieni UV. Już to, że zgodziły się one zasiąść wiele lat temu do wspólnego stołu, było bardzo dużym osiągnięciem i wymagało pewnie sporych zabiegów. Uchwalono wtedy kilka rzeczy. Jedną z nich było ograniczenie mocy urządzeń i podwyższenie poziomu usług polegające na kwalifikacji personelu. Na bazie tego powstał projekt dobrowolnej certyfikacji salonów, który wdrożono w życie - jednak obiecując sobie zbyt wiele. Właściciele salonów odebrali ten projekt jako ingerencję producentów w ich biznes i projekt pozostał bez większez go echa, mimo że znaleźli się z biegiem czasu ludzie obiecujący subwencje. Kongres w Rust był podsumowaniem tego, co uchwalono, i weryfikacją rzeczywistych osiągnięć branży. Chwalić się nie było czym, ponieważ w ciągu dwóch lat zaledwie 137 salonów zdecydowało się na dobrowolną certyfikację i mimo ich osobistego zadowolenia nie spowodowało to lawinowego wpływania nowych zgłoszeń. Dlaczego tak się stało? Może zbyt mało się starano, może zbyt pięknie to wyglądało, może za bardzo wierzono w siebie i ludzi? Ostatecznie jedyną obroną przed presją władz było stworzenie prawdziwie widocznego ruchu w branży, który byłby wykładnikiem profesjonalizacji i znacznego podniesienia świadomości wraz z przejęciem pełnej odpowiedzialności za skórę klienta. Tego niestety nie zrobiono, a jeśli tak, to w bardzo mało widocznym stopniu. Podsumowanie dobrowolnej certyfikacji to 137 z 5000, czyli zaledwie 2,74%, a więc naprawdę nie było się czym pochwalić. Warto też dodać, że ludzie niechętnie podchodzili do tematu certyfikacji, ponieważ wydawała się ona następnym kluczem do zarabiania pieniędzy producentów, a nie kołem ratunkowym dla branży. Do końca nie będziemy wiedzieć, jak to na świeżym powietrzu i wykorzystującym każdy promyk naturalnego słońca po to, aby się przejść na spacer, popracować w ogrodzie czy zaaplikować sobie i rodzinie wycieczkę rowerową. Przeciętny człowiek ma jednak w ciągu dnia coraz mniej wolnego czasu, a w godzinach 10-16, kiedy to mógłby skorzystać z kąpieli słonecznej, nie znajduje na to czasu, ponieważ ma inne obowiązki. Pozostają tak naprawdę niedziele, których w roku mamy 52, i jeśli akurat w niedziele nie ma pogody, to solarium pozostaje jedynym dostępnym lekarstwem na poprawienie sobie samopoczucia i uzupełnienie życiodajnej witaminy D.
Dziwi mnie więc tak radykalne podejście do branży, która jeśliby chciała i działała świadomie, spełniałaby oczekiwania i marzenia tysięcy ludzi, dodatkowo zapewniając pracę kilkunastu tysiącom z nich. Na szczęście w Niemczech, kolebce branży solaryjnej, znalazło się lobby producentów sprzętu, które w połączeniu sił z organizacją właścicieli salonów Photomed zorganizowało nie tylko nawiązanie rozmowy i odparcie ataku, lecz coś na wzór odwetu, czyli kampanię reklamującą usługi salonów solaryjnych. Możliwa ona była tylko dlatego, że użyto w niej elementu certyfikacji i dialogu z instytucjami, których nazwy wymieniłem już kilkakrotnie. Wracajmy jednak do kongresu.
Leszek Kryniewski
więcej w Solarium nr 44