Strona główna | Spis treści |Archiwum
Certyfikowany salon solaryjny
Rozmowa z właścicielem berlińskiej sieci certyfikowanych salonów solaryjnych
Certyfikacja w Niemczech jest dobrowolnym przedsięwzięciem przeprowadzanym na koszt właściciela. Czy warto się jej poddać? Ocenę pozostawiamy Państwu. W Polsce nie ma ani certyfikacji, ani jakiegokolwiek obowiązku dotyczącego norm i standardów obsługi! Czy to dobrze? Czy może nawet bez takowych norm i praw nie warto pomyśleć o dobrowolnej i bezpłatnej certyfikacji swojego salonu - wyłącznie dla siebie, swoich klientów, otoczenia i na końcu - własnego sumienia? Jeśli ktoś jest tego zdania, prosimy o kontakt z naszą redakcją, z przyjemnością pomożemy w spełnieniu światowych standardów.
Jedni mówią: dużo szumu o nic. Inni dodają: to tylko robienie kasy. Są jednak i tacy, którzy widzą w certyfikacji jedyną bezpieczną drogę rozwoju branży solaryjnej. Branży, która tak często trafia na łamy prasy, zbierając cięgi za swój brak profesjonalizmu i parzenie klientów. Często branżę solaryjną uważa się za zbyteczną. No, bo skoro na plaży świeci słoneczko "za darmo" i "jest zdrowsze", to dlaczego jacyś tam właściciele solariów mieliby zarabiać? Zadajmy sobie pytanie, dlaczego takie publikacje trafiają na łamy prasy i kto za nimi stoi? Czy opalanie na plaży naprawdę nic nie kosztuje? Jeśli ktoś przeczytał taką publikację, to z pewnością zauważył przy niej reklamę dużego koncernu kosmetycznego produkującego kremy do opalania na plaży. Wniosek jest oczywisty - pomimo bezpłatnego słońca na plaży (rzekomo zdrowszego niż solarium), ktoś jednak na tym chce zarobić.
Tubka sprzedanego mleczka do opalania to koszt, jaki ponosi miłośnik bezpiecznego plażowania. Czy jest ono faktycznie na plaży bezpieczne? Polemizowałbym. Zadałbym inne pytanie: Czy ktoś spróbował już mierzyć natężenie promieni UV na plaży? Rozkład widma i proporcje UVA oraz UVB? Czy widział już ktoś kogoś opalającego się ze specjalistycznym urządzeniem, które mierzy i liczy minuty naszego pobytu na słońcu po to, aby w 47. minucie powiedzieć: "Zejdź teraz z plaży!"? Niestety, ciężko będzie nam znaleźć w naszym kraju takie osoby, tak samo jak ciężko schodziłoby nam się z pięknej oblanej słońcem plaży po 47 minutach tylko dlatego, że jakieś tam urządzonko nam tak każe. Wolimy z wygody zawierzyć przemysłowi kosmetycznemu, nasmarować się kremem z faktorem 20 i "bezpiecznie" cieszyć się słońcem nawet przez cały boży dzień. "Salon solaryjny każe sobie za słońce płacić, a ty przecież masz je tu za darmo, więc zatankuj ile wlezie". Tak próbują nas ustawić publikacje na temat słońca i jego niebezpieczeństw. Najwyżej jutro trochę popiecze i finał. Taki poziom świadomości przyświeca ogromnej rzeszy ludzi, którzy nie chcą sobie zadawać niewygodnych pytań. Czy publikacja na temat słońca w "Twoim Stylu" była podpłacona czy nie? Wierzyć w nią jest po prostu wygodnie. Nie popadajmy jednak w skrajności i popatrzmy na całą prawdę o solariach. W przypadku publikacji dotyczących salonów odwiedzonych przez dziennikarzy krytyka trafia na forum w większości przypadków słusznie. Niebezpieczne solarium to standard, jakim świeci na zewnątrz od wielu lat branża solaryjna. Nie przygotowany do pracy w solarium personel, spełniający każde, nawet najbardziej samobójcze życzenia klienta - to więcej niż 90% rynku, goniącego ślepo tylko za maksymalizacją obrotu i zarazem zysków. No bo dlaczego nie? Zapłaciłem kupę kasy za nowe łóżko, producent mówił, że jest bezpieczne, no to niech się smażą jak najdłużej, bo to mi się opłaca. Mój personel? Dlaczego miałby być przygotowany, skoro nie musi? - Tak myśli duża część właścicieli salonów i taki właśnie sposób myślenia spowodował wielki kryzys w Niemczech, z którego teraz tak trudno i kosztownie szuka się wyjścia. Jako ludzie jesteśmy gatunkiem myślącym, dlatego często myślimy w taki sposób, aby nam było dobrze. Właściciel solarium musi zadbać o to, aby personel umiał zdezynfekować i umyć sprzęt, wiedział, jakiego płynu w jakim roztworze użyć i ile odczekać po spryskaniu płyty do chwili starcia go papierem. Musi również potrafić liczyć pieniądze i wciskać odpowiednie guziki po to, aby klientowi włączyło się solarium. Wyjątek stanowią salony samoobsługowe lub wyposażone w żetoniarki obsługiwane bezpośrednio przez klienta. Rola obsługi może ograniczyć się nawet do rozmieniania pieniędzy. Skoro nic więcej się nie wymaga, to dlaczego się przemęczać? Jaki będzie wynik takiej działalności? Jak zareaguje na to prasa kobieca? To już raczej wiemy z doświadczenia. Na pytanie o szkolenie personelu większość odpowiada: po co szkolić, to się nie opłaca, skoro mamy tak wielką rotację pracowników. Poza tym - gdzie ich szkolić? Jak jest dobrze przeszkolony, to od razu zakłada własne solarium, a ja za to płacę! Takie głosy też się zdarzają i jest w nich wiele racji, ale nie jestem osobiście przekonany o słuszności takiego podejścia do biznesu. Na naszych łamach wielokrotnie przedstawialiśmy ludzi, którzy myślą inaczej, i mimo że jest ich niewielu, dalej będziemy to robić, ponieważ naszym zdaniem sytuacja w naszym kraju wygląda bardzo niepokojąco i jeśli dalej tak będzie, to profesjonalne usługi mogą zostać wyparte przez tani przemiał samoobsługowych punktów solaryjnych, wpędzających całą branżę w jeszcze ciemniejszy kąt marginesu społecznego. Świadomie czy nie? Tego niewygodnego pytania równie świadomie nie zadajemy!
Leszek Kryniewski
więcej w Solarium 46