Strona główna | Spis treści |Archiwum
Normalne opalanie
czyli jeszcze raz o przyszłości słonecznej branży w Polsce
Po wielu nadesłanych do naszej redakcji pytaniach dotyczących nowej normy zdecydowaliśmy się na obszerną redakcyjną tym razem publikację dotyczącą przyszłości naszej branży w świetle nowych norm europejskich. Podzieliliśmy ją na części – aby rozumieć całą naszą sytuację, potrzebny był spory wstęp zamieszczony w ostatnim numerze naszego czasopisma. W tym rozwijamy temat, a wnioski oraz zdania specjalistów znajdą Państwo w następnych naszych numerach. Przypominamy również, że każdy, kto zaprenumeruje czasopismo SOLARIUM (również osoba zamawiająca tylko roczną prenumeratę elektroniczną w cenie 24 złotych), ma dostęp do całości archiwum z ostatnich 5 lat, gdzie umieszczamy kompletne numery w formie plików pdf.
To, czy świadome roli słońca osoby zwrócą się w kierunku branży solaryjnej, oferującej słońce o każdej porze roku i niezależnie od godziny, zależeć będzie wyłącznie od nas samych – a nie od norm, jakiekolwiek by były. To przecież my sami kierujemy rynkiem usług, a nie producenci ani handlowcy spełniający nasze życzenia. To my sami doprowadziliśmy branżę do miejsca, w którym się znajduje. I nikt inny – tylko właśnie my – nie żądał coraz to mocniejszych lamp. W znormalizowanej Europie może jednak dojść do zadziwiającej i nieznanej dotąd sytuacji. Producenci po raz pierwszy nie będą mogli wsłuchać się w pobożne i jednocześnie samobójcze życzenia rynku. Produkując lampy spełniające normy, będą dostarczać produkt, który jako właściciele salonów będziemy mogli zakupić albo nie. To, czy będziemy na nim opalać naszych klientów, to będzie już nasza i tylko nasza odpowiedzialność, która da o sobie znać najpóźniej podczas pierwszej kontroli.
Wtedy dojdzie do sprzeczności interesów, jak to właśnie w takich przypadkach bywa, i będziemy poszkodowani raczej my. To, co się stało, motywować będziemy jak zwykle bardzo mądrymi argumentami w stylu: „bo klient nie będzie chciał się opalać dłużej i jednocześnie płacić więcej, a my przecież nie możemy podnieść cen, bo nie będziemy konkurencyjni”. Tu pojawia się refleksja: czy warto było zamykać oczy w pogoni za mocą? Niestety, za późno teraz zadajemy sobie to pytanie, po tym jak zainwestowaliśmy kolejne tysiące złotych w nowy salon. No, ale przecież możemy ograniczyć czas opalania i wszystko będzie dobrze. Do ilu minut? 1 minuta i 49 sekund to w przypadku agresywnej lampy granica 1 MED. Jak dopasujemy czasy lamp do indywidualnych możliwości skóry klienta? Czy możemy nadal opalać na oko? Czy wystawianie skóry na działanie promieni UV o mocy kilkakrotnie przewyższającej naturalną moc promieni słonecznych na równiku jest rozsądnym rozwiązaniem nawet w przypadku posiadania nowoczesnej aparatury pomiarowej, a nawet urządzeń do badania skóry? A przecież wystarczy dopasować się do ewolucji i naśladować słońce – wówczas nikt nie będzie miał nam nic do zarzucenia. Producenci w przyszłości nie będą spełniać naszych wymagań, ponieważ stanie się to dla nich po prostu nieopłacalne. Agresywna lampa stanie się produktem niszowym, a więc jej produkcja przestanie być dochodowa. Dodatkowe przepisy ograniczą możliwości wprowadzania tego typu lamp do obiegu, a osoba, która je zakupi, będzie musiała wykazać się odpowiednim dokumentem upoważniającym ją do zamontowania takich właśnie lamp w swoim urządzeniu. Podobnie jak policja kontrolująca samochody nie przepuści okazji zatrzymania małego fiata z 5-litrowym silnikiem BMW. O ile jednak ten ostatni przykład to motoryzacyjna fikcja – o tyle w solarium podobny zabieg (czyli montowanie zbyt mocnych lamp do urządzeń do tego nie przygotowanych) jest możliwy i zbyt często stosowany w sposób zagrażający zdrowiu klienta. Niestety, na skutek całego szeregu czynników wszyscy dzisiaj jesteśmy na manowcach opalania. Podobne sytuacje zdarzały się wielokrotnie w innych gałęziach przemysłu, handlu i usług – i w pewnym momencie konieczne było wprowadzenie przepisów regulujących. I jakoś, poza przypadkami bardzo skrajnymi, nikt na tym nie ucierpiał. Wprowadzenie zakazu picia alkoholu za kierownicą jest jednym z takich przykładów. Jeśli nie jedziesz, możesz pić. Nikt tego przecież nie zabrania, niewielka, określona ilość alkoholu ponoć jest nawet bardzo zdrowa. Trochę, niewiele – to znaczy ile? Kto tego chciał, kto za tym stał i co przyniosło ograniczenie promili alkoholu w naszej krwi, który uniemożliwiał nam zasiadanie za kierownicą pojazdu. Czy kierowcy tego chcieli? „No przecież po wypiciu jednego piwka nie jestem pijany” – mówił i do dziś mówi co drugi z nich. Inny, zdecydowanie należący do mniejszości, odpowiadał: „ograniczyć do zera, jak ja mogę zrezygnować z picia, to inni też mogą”. Kto więc miał w tym interes? No chyba nie ten, kto najlepiej na tym zarabiał, czyli branża alkoholowa. Jeszcze bardziej nie było to na rękę samemu państwu, tracącemu miliony na akcyzie. Ucierpiała też cała infrastruktura, wzrosło bezrobocie, spadły podatki płacone przez warsztaty naprawiające samochody po wypadkach spowodowanych przy udziale alkoholu itd… I tak można byłoby się zastanawiać bez końca nad tym, kto za tym stał i ile zyskał – nie dojdziemy do niczego, co byłoby na 100% logiczne i jednocześnie odpowiadało prawdzie. Nie szukajmy więc winnego, lecz popatrzmy na całą sytuację z innej strony. Może właśnie nowe normy dają nam szansę na powrót do normalnego opalania i pozytywnego rozwoju branży w nieco innym, bardziej bezpiecznym kierunku. Idąc za przykładem kierowcy, który – jak wszyscy wiemy – musi posiadać prawo jazdy, warto pomyśleć o tym, czy właściciele salonów solaryjnych i ich pracownicy nie powinni posiadać odpowiednich uprawnień i wiedzy. Szczególnie w chwili, gdy spostrzega to sam ustawodawca, wprowadzając ograniczania.
Leszek Kryniewski
więcej w Solarium nr 53