Aktualny numer
64

Newsletter

(e-mail)

dlaczego warto mieć newsletter?

Strona główna | Spis treści |Archiwum

Zdrowie

Fikcyjna epidemia

Rośnie grono naukowców, którzy wbrew „oficjalnej” polityce lobby medycznego (składającego się niemal wyłącznie z dermatologów i zrzeszających ich organizacji) zachęcają ludzi do rozsądnego korzystania ze słońca. Antysłoneczna kampania najwyraźniej zaszła za daleko i przemycane pod tym szyldem bzdury zaczynają budzić opór trzeźwiej myślącej części naukowego grona. Jednym z profesorów nawołujących do zdroworozsądkowego podejścia do tematu jest Sam Shuster, emerytowany profesor dermatologii Uniwersytetu w Newcastle. „Statystyki dotyczące raka skóry służą straszeniu, a nie edukacji” – pisze w swoim artykule na łamach „Daily Mail”. Większość z ponad 80 tysięcy przypadków raka skóry to niegroźne, łagodne przypadki, jednak w doniesieniach medialnych często rosną do rangi zabójczego czerniaka. Dlaczego tak się dzieje i jakie niesie to ze sobą skutki społeczne? O tym między innymi można poczytać w tej i innych publikacjach tego autora.

Fikcyjna epidemia

Bodźcem do napisania artykułu, o którym mowa, jest inna publikacja (również z „Daily Mail”), w której opalanie przedstawiono w negatywnym świetle, a jako głównego straszaka użyto – tradycyjnie zresztą – złośliwego nowotworu skóry, czyli czerniaka. Sam Shuster ostro polemizuje z takim sposobem myślenia, wskazując na wszystkie naukowe luki w kojarzeniu promieniowania ultrafioletowego ze śmiercionośnym czerniakiem.

„Częstotliwość przypadków czerniaka w Anglii wzrosła czterokrotnie w ciągu ostatnich 30 lat” – Shuster przytacza cytat ze wspomnianej publikacji, natychmiast wyjaśniając, skąd ten wzrost się wziął. „Wraz ze swoimi współpracownikami zbadaliśmy, Lujak w rzeczywistości przedstawia się ta sprawa. Wyniki były zadziwiające – okazuje się, że tak naprawdę znakomita większość znamion, które kwalifikuje się jako wstępne stadium tej choroby, w rzeczywistości nią nie jest. To łagodniejsze odmiany nowotworów albo wręcz zupełnie niegroźne znamiona, które z różnych przyczyn uznano właśnie za czerniaka”.

Historyczne nieporozumienie

Zdaniem profesora Shustera, nazwanie raka podstawnokomórkowego i kolczystokomórkowego właśnie „rakiem” to pewien historyczny błąd, którego efekty pokutują do dziś. Prawdziwa skala czerniaka rozmywa się właśnie w tej rozdmuchanej statystyce, obejmującej niegroźne nowotwory, owszem szpecące, ale nie zagrażające życiu. „Im wcześniej zrezygnujemy z tego nazewnictwa, tym lepiej” – pisze Sam Shuster, zdając sobie jednocześnie sprawę, że jest to raczej niemożliwe. Jego zdaniem nigdy nie pozwolą na to środowiska, które określa jako „antysłoneczne brygady”. To właśnie tym środowiskom zawyżanie statystyk dotyczących zachorowalności na nowotwory skóry jest bardzo na rękę.

Nieprawdziwy związek

„W społeczeństwie utrwaliło się przekonanie o zależności pomiędzy opalaniem a występowaniem czerniaka” – pisze Shuster. Tymczasem nigdy tak naprawdę niezależne kliniczne testy tej zależności nie potwierdziły. Co więcej, udowodnione zostało, że rozsądne korzystanie ze słońca wręcz zmniejsza ryzyko zapadnięcia na tę chorobę, a w przypadku jej wystąpienia zwiększa szanse na wyleczenie. Jedynie częste poparzenia słoneczne w dzieciństwie mogą być czynnikiem wpływającym na zachorowanie na czerniaka w późniejszym, dorosłym życiu – choć i w tym przypadku decydujące są genetyczne uwarunkowania. A jednak wciąż w świadomości społecznej funkcjonuje następująca zależność: opalanie powoduje przyciemnienie znamion – czerniak to też znamiona – więc opalanie powoduje czerniaka. „Kolejne badania bardzo jednoznacznie zaprzeczają tej zależności, ale środowisko i opinia publiczna wydają się na te głosy całkowicie głuche”. Co więcej, teza ta wspierana jest przez serię badań, które autor określa jako idiotyczne. „Przypomina to sytuację, w której jednego dnia czytalibyśmy, że stanie na lewej nodze spowoduje raka prawego jądra, potem – że stanie na prawej nodze – lewego, a następnego dnia, że właściwie to chodzi o nogę partnera – ironizuje Sam Shuster. Nie szukajmy raka tam, gdzie go nie ma” – dodaje, wskazując jednocześnie źródło tych nadużyć. Winna jest jego zdaniem komercjalizacja medycyny, której przedstawiciele wpisują się w obowiązującą politykę informacyjną nakręcaną choćby przez koncerny kosmetyczne, mające oczywiście swój cel w szerzeniu strachu przed słońcem.

Zmarszczki a starzenie się skóry

„Oczywiście, intensywny kontakt skóry z promieniami UV prowadzi do powstawania zmarszczek i temu nikt nie zaprzeczy” – pisze Shuster. W dzisiejszym świecie zmarszczki uznano niemal za zagrożenie numer jeden, a za głównego ich sprawcę – słońce. „Ludzie jak gdyby zapomnieli, że pewne procesy są po prostu naturalne. A może inaczej – natura przestała być modna i w imię walki z nią człowiek robi sobie krzywdę” – dodaje brytyjski dermatolog. Zdaniem Shustera, kosmetologom i dermatologom udało się zaszczepić w społeczeństwie jeszcze jedną (obok powiązania czerniaka z opalaniem) nieprawdę, wynikającą z uproszczenia. Chodzi o postawienie znaku równości pomiędzy zmarszczkami a starzeniem się skóry. Tymczasem nie jest to wcale tak oczywiste. Opalanie bowiem rzeczywiście przyspiesza utratę elastyczności włókien kolagenowych, czego efektem są zmarszczki. Proces ten nie ma jednak nic wspólnego z faktyczną utratą kolagenu przez skórę, w wyniku czego skóra wiotczeje i staje się cieńsza. To związane jest już bezpośrednio z biologicznym starzeniem – i tego zatrzymać się nie da. Oczywiście, gdyby zapytać kobiety unikające słońca i na każdym kroku kryjące się za szczelną zasłoną kremów z filtrami, co tak naprawdę nimi powoduje – odpowiedziałyby, że boją się czerniaka, na drugim miejscu znalazłoby się owo mityczne starzenie się skóry. Dwie bzdury jako uzasadnienie unikania jednego z najlepszych lekarstw i życia w oderwaniu od natury!

Zdaniem profesora Shustera, nazwanie raka podstawnokomórkowego i kolczystokomórkowego właśnie „rakiem” to pewien historyczny błąd, którego efekty pokutują do dziś.

Spisek czy żywioł?

O tym, kto i w jaki sposób zyskuje na takiej kampanii strachu, pisaliśmy już wielokrotnie. Do niedawna za głównego beneficjenta uchodziła branża kosmetyczna, teraz wiadomo, że zyskują na tym również dermatolodzy. Trudno więc się dziwić, że siły te nakręcają propagandowy szum. Pytanie, czy sprawa jest jeszcze przez kogokolwiek kontrolowana, czy przeciwnie – wymknęła się spod kontroli. Na pewno jednak zabobony szerzone w tych doniesieniach funkcjonują i mają konkretne skutki w postaci skrzywienia świadomości w większości społeczeństwa. Opalanie kreuje się na symbol czegoś niezdrowego, chorobliwego, związanego ze zniszczeniem i śmiercią. Co ciekawe – ciemniejszy odcień skóry już nie jest tak mocno krytykowany. No cóż – samoopalacze i kosmetyki przyciemniające trzeba również promować. Można się zastanawiać, jak daleko ta paranoja zajdzie. Nie ma przecież żadnej epidemii czerniaka, istnieje ona tylko i wyłącznie w statystykach nakręcanych przez nieprawdziwe badania. Na skutek tej fobii całe rzesze ludzi robią sobie krzywdę, unikając słońca. Inne rzesze, wyczuwając fałsz i absurd tych doniesień, nic sobie nie robią z jakichkolwiek ostrzeżeń dotyczących kontaktów ze słońcem – czym również się krzywdzą, opalając się bez umiaru. W jakimś masowym ogłupieniu ludzie zapomnieli, że prawda leży gdzieś pośrodku. I że nie jest to spór między słońcem lub jego brakiem, tylko rozsądkiem albo przesadą.

Zwiastuny zmian

Powoli się to wszystko zmienia. Na szczęście świadomość roli, jaką pełni witamina D w ludzkim organizmie, systematycznie rośnie. Pojawia się coraz więcej publikacji na ten temat – zarówno w polskich mediach, jak i zagranicznych. Pionierskie działania zauważyć można przede wszystkim w krajach skandynawskich, gdzie niedobór słońca i związane z tym negatywne skutki społeczne są szczególnie mocno zauważalne. Holenderskie ministerstwo zdrowia wydało niedawno nowe zalecenia dotyczące kontaktu ze słońcem, zalecając opalanie w godzinach dotychczas „zakazanych” – czyli między południem a 15.00. Johan Moan z Norwegii otrzymał za swoje badania dotyczące pozytywnego wpływu słońca na organizm jedną z najważniejszych norweskich nagród naukowych. Niestety, nie chodzi o Nobla. Ciekawe swoją drogą, kiedy doczekamy się kolejnej najważniejszej światowej nagrody dla naukowca pokroju choćby Nielsa Ryberga Finsena.

Luksus niezależności

Pewną prawidłowością jest to, że postawę podobną do doktora Shustera prezentują naukowcy, którzy mogą poszczycić się już pewnym stażem albo pozycją wystarczająco wysoką, by… no właśnie… nie bać się? Nie zadzierać z własnym środowiskiem? To tylko domysły, ale jednak chyba niebezpodstawne. To przecież środowisko dermatologów swoim całym autorytetem wspiera kampanię strachu przed słońcem i opalaniem. To właśnie organizacje zrzeszające przedstawicieli tej specjalizacji wsparły inicjatywę wprowadzenia w USA podatku od opalania. Tymczasem dermatolodzy z pewnym stażem i pozycją – jak choćby Han van der Rhee, autor bestsellerowej w Holandii książki „Opalanie dozwolone”, czy norweski naukowiec Johan Moan otwarcie mówią: opalanie nie tylko nie jest niebezpieczne, ale wręcz konieczne do prawidłowego funkcjonowania organizmu! Na niezależność naukową pozwolić sobie może również Michael F. Holick z Uniwersytetu w Bostonie. Pytanie: dlaczego ta postawa nie jest podzielana przez większość dermatologów, dlaczego tak rzadko jest wspierana przez inne środowiska naukowe? Strach? Interesy? Chyba jednak to drugie. O tym, jak dermatolodzy w USA zarabiają na raku skóry (a raczej na strachu przed nim), pisaliśmy choćby w poprzednim numerze, tekst dostępny jest również na stronie www.zdrowe-opalanie.pl.

Czy nie za późno?

Dobrze, że głosy rozsądku się pojawiają. Szkoda, że tak późno, być może nawet za późno. Kilkunastoletnia (co najmniej) praca propagandzistów „ciemnej strony mocy” w połączeniu z zaniedbaniami ze strony branży solaryjnej musiała zrobić swoje. W tym momencie już nawet nie chodzi o to, że jakieś ciemne siły nakręcają wrogą propagandę, tylko po prostu o trwały ślad w szeroko pojętej rzeczywistości medialnej. Dziennikarze piszą źle o opalaniu nie dlatego, że ktoś im za to płaci, zachęca w inny sposób czy zmusza. Po prostu w poszukiwaniu źródeł publikacji trafiają na informacje zmanipulowane pod odpowiednim kątem, jednoznaczne w swym przekazie i niestety również formie. Efekt? Jaki jest stan branży solaryjnej w Polsce i w Europie, każdy widzi. Jeszcze bardziej fatalny jest jej wizerunek; biorąc go pod uwagę, za sukces można uznać sam fakt, że branża jeszcze istnieje i jako tako funkcjonuje. Być może za jakiś czas sytuacja się poprawi, być może nastąpi wielkie odrodzenie. Na pewno jednak nic takiego nie nastąpi, jeśli nie dojdzie do wielkiej, masowej zmiany świadomości. A jeśli ma do niej dojść – nie wystarczy praca (choćby nie wiadomo jak wytężona) garstki outsiderów pokroju Holicka, Rhee, Moana czy przywołanego tutaj Shustera. Potrzeba znacznie, znacznie więcej…

Źródła:
http://www.dailymail.co.uk
http://www.guardian.co.uk
Michał Domański

Strona główna | Spis treści |Archiwum

PRESS & MEDIA | Solarium | Cabines | Słoneczny portal | konkurs Helios | Solitudes | VTM