Strona główna | Spis treści |Archiwum
Sceptycy i optymiści
Naukowcy o witaminie D
W świecie medycznym (i nie tylko medycznym) coraz częściej słychać o pozytywnym, a czasami wręcz niemal cudownym działaniu witaminy D. Jednak wśród tych głosów pojawiają się i inne. Niekoniecznie nawet krytyczne, jednak zwracające uwagę na aspekty, które wydają się pomijane. Jeden z takich głosów odnajdujemy w publikacji autorstwa Julie Deardorff, zamieszczonej na stronie www.healtzone.ca. Tonuje ona nieco hurraoptymistyczne nastroje zwolenników, starając się spojrzeć na problem z dystansem i świeżością właściwą naukowcom. Rzeczywiście jest co tonować – w USA niektórzy mają niestety skłonności do przesady, co dobrej skądinąd sprawie może nie tylko nie pomóc, ale wręcz zaszkodzić. Jednym z głównych celów tego „racjonalnego ataku” stał się dr Joseph Mercola, znany w USA zwolennik medycyny naturalnej, jeden z najgłośniejszych i najbardziej radykalnych orędowników dobroczynnych właściwości witaminy D.
Zdaniem doktora Josepha Mercoli witamina D to swoiste panaceum, lek na wszystko, na który wszyscy z utęsknieniem czekaliśmy. Gdyby go nie było, ludzkość cierpiałaby z powodu co najmniej 33 różnych schorzeń – wliczając w to autyzm, nowotwory, cukrzycę i bezpłodność. „Witamina D obniża ryzyko zapadnięcia praktycznie na każdą chorobę” – pisze na swojej popularnej skądinąd stronie. Co zaleca? Relaks na słońcu, rozsądne korzystanie z urządzeń opalających, ewentualnie suplementację. Ignorowana przez długi czas witamina D rośnie zatem do miana superleku dokładnie na wszystko. Coraz rzadziej niestety wspomina się o niebezpieczeństwie jej przedawkowania (chodzi oczywiście o formę syntetyczną, w postaci leku bądź suplementu), do tej pory wymienianego jako jedno z najważniejszych zagrożeń związanych z jej przyjmowaniem. O tym zagrożeniu zdaje się zapominać dr Mercola, zalecający dość ekstremalną jak na przyjęte standardy suplementację.
Słabe podstawy?
Ekscytacja witaminą D to jedno, ale problemem zajmują się również liczne ośrodki badawcze, które dostrzegają potencjał słonecznej witaminy w terapii i prewencji wielu chorób. W USA rozważa się wydanie nowych dyrektyw odnośnie do zalecanych jej dawek i przy okazji – dawek wapnia. Prawie na pewno będą one dużo wyższe od dotychczas zalecanych. Jednak – przypominają sceptycy – w większości wypadków podstawą są tu badania, oparte na obserwacjach, wykazujące związek pomiędzy niektórymi dolegliwościami a niskim poziomem witaminy D. I tu właśnie jest pies pogrzebany. Wielu ekspertów wskazuje na fakt, że jak dotąd nie zostały przeprowadzone badania kliniczne, które by udowodniły aż tak duży wpływ witaminy D na zdrowie człowieka. I jednocześnie przytaczają przykłady całego szeregu innych „cudownych substancji”, które miały być odpowiedzią na dręczące ludzkość bolączki. Witamina E, beta-karoten, selen, szereg antyoksydantów… Bardziej szczegółowe badania w tych przypadkach udowodniły, że wpływ tych substancji na zdrowie człowieka jest, owszem, pozytywny, ale nawet w małym procencie nie tak cudownie uzdrawiający, jak głosili to zafascynowani ich rzekomymi właściwościami „eksperci”. Te doświadczenia dają podstawę do sceptycyzmu również wobec witaminy D. Choć tu sprawa nie jest aż tak oczywista, ponieważ D3 to substancja o nieco innym charakterze niż wymienione wcześniej witaminy i mikroelementy. O tym więcej za chwilę.
Nauka sobie, rynek sobie
Mimo tych sceptycznych głosów rynek produktów wzbogacanych witaminą D ma się w USA bardzo dobrze. Sprzedaż wzbogacanych produktów – chleba, makaronów, soku pomarańczowego – a także suplementów z witaminą D wzrosła w 2008 roku o 116 procent w stosunku do roku poprzedniego. Według danych „Nutrition Business Journal”, w 2007 zyski wyniosły 108 milionów USD, w 2008 wzrosły do 234 milionów. Wszyscy, którzy mają choć podstawową wiedzę o problemie, wiedzą, że poziom witaminy D daje się bardzo łatwo (i tanio!) regulować wyłącznie przy pomocy promieni słonecznych, które są naturalnym aktywatorem procesów produkcji tego hormonu przez organizm. Jednak współczesny styl życia i strach przed negatywnymi skutkami działania ultrafioletu sprawia, że wiele osób po prostu nie korzysta z tej formy pozyskiwania witaminy D.
Wizjoner czy szarlatan?
Przywoływany tu dr Joseph Mercola, niepraktykujący ortopeda, prowadzący klinikę w Hoffman Estates w stanie Illinois, to jeden z największych zwolenników i popularyzatorów naturalnych terapii, w tym również witaminy D. Jego żarliwość i ewangeliczny niemal styl przekazu zjednują mu tyluż zwolenników, co przeciwników. Ci ostatni rekrutują się przede wszystkim z grona naukowców i lekarzy przyzwyczajonych do twardych, medycznych dowodów. Tymczasem Mercola – w przeciwieństwie do znakomitej większości przedstawicieli świata medycznego – proponuje swoiste przeciwieństwo badań klinicznych: testy na wielkiej grupie użytkowników. Zaleca on po prostu swoim pacjentom przyjmowanie dużych ilości witaminy D i dzielenie się swoimi doświadczeniami. – Dowody się pojawią, już wkrótce – mówi. Zdaniem Mercoli dzieci powinny przyjmować niemal 6 razy więcej witaminy D, niż zaleca Amerykańska Akademia Pediatrii. Dorosłym i kobietom w ciąży sugeruje przyjmowanie 5000 IU (międzynarodowych jednostek) dziennie. Tymczasem większość badaczy zajmujących się witaminą D zaleca jej dzienne spożycie na poziomie 1000 – 2000 IU, wskazując na brak dowodów na skuteczność działania w większych dawkach. Z kolei rządowe zalecenia (które środowisko naukowe zgodnie uważa za niewystarczające) mówią o dawkach rzędu 200 – 600 IU w zależności od wieku. – Dr Mercola popularyzuje witaminę D w bardzo sugestywny sposób – mówi dr Gregory Plotnikoff z Center for Healthcare Innovation w Minneapolis, gdzie prowadzi badania i testy związane właśnie z witaminą D. – Zalecenia Mercoli dotyczące przyjmowania dużych dawek mogą być rzeczywiście uzasadnione, ale wciąż nie mamy na to wystarczającej ilości dowodów popartych testami klinicznymi – dodaje.
Nadzieja mimo sceptycyzmu
Plotnikoff, podobnie jak wielu innych badaczy, mimo naukowego sceptycyzmu wiąże z witaminą D ogromne nadzieje. Jego zdaniem badania mogą udowodnić, że powszechna suplementacja tą witaminą stanie się jednym z najważniejszych kroków zmierzających do poprawy stanu zdrowia mieszkańców USA. Jego zdaniem trzeba przede wszystkim zmienić sposób myślenia o tej substancji, do tej pory kojarzonej niemal wyłącznie z zapobieganiem krzywicy (właśnie dlatego mleko w USA wzbogacane jest witaminą D) oraz osteoporozie. Nikt nie kwestionuje roli witaminy D w roli budulca kości i czynnika decydującego o ich dobrej kondycji. Jednocześnie jednak często zapomina się o tym, że to substancja kluczowa dla większości funkcji życiowych w naszym organizmie oraz decydująca o jego odporności na wszelkiego rodzaju czynniki zewnętrzne.
Zasadnicza różnica
– W przeciwieństwie do witaminy E i wielu innych witamina D jest hormonem steroidowym, który posiada receptory w każdej komórce naszego ciała. A to już bardzo poważny dowód, że wpływa nie tylko na kondycję układu kostnego, ale również na wiele innych funkcji życiowych i zapobiegać może takim chorobom jak nadciśnienie, cukrzyca, nowotwory, choroby autoimmunologiczne i zmniejszać ogólną śmiertelność w społeczeństwie – mówi Michael Holick, dyrektor Laboratorium Badawczego ds. Witaminy D, Skóry i Badań nad Układem Kostnym w Centrum Medycznym Uniwersytetu w Bostonie.
– Witamina D jest istotna dla wszystkich funkcji życiowych, podobnie jak hormon tarczycy, estrogen i testosteron – mówi Plotnikoff. – Te hormony kontrolują geny w naszym DNA. Co najmniej 1000 kluczowych genów jest pod częściową kontrolą witaminy D. To właśnie jest ta przepaść, która odróżnia D od innych witamin – jak E czy C.
Ekscytacja witaminą D to jedno, ale problemem zajmują się również liczne ośrodki badawcze, które dostrzegają potencjał słonecznej witaminy w terapii i prewencji wielu chorób. W USA rozważa się wydanie nowych dyrektyw odnośnie do zalecanych jej dawek
Przyczyna czy skutek?
Zależność pomiędzy niektórymi chorobami a niskim poziomem witaminy D jest bezsprzeczna. Jednak to wcale nie musi oznaczać tego, że jej niedobory są tu przyczyną. Niski poziom witaminy D we krwi może być równie dobrze skutkiem choroby – mówią sceptycy. I dlatego właśnie niezbędne są badania kliniczne, które pokazałyby rzeczywisty charakter tej zależności. Dokładnego zbadania wymagają i inne kwestie. Między innymi różnice w zapotrzebowaniu i przyswajalności witaminy D w zależności od rasy, miejsca zamieszkania, trybu życia, sposobu odżywiania, itp. Do tej pory obserwacje skupiały się w sposób nieproporcjonalny na osobach rasy białej. Dokładnego zbadania wymaga również kwestia sposobów pozyskiwania witaminy D. To, że światło słoneczne jest jej najlepszym źródłem, wątpliwości nie ulega, pozostaje jeszcze określenie skuteczności przyjmowania jej z pożywieniem i w formie suplementów. Anastassios Pittas, endokrynolog, dyrektor Centrum Żywienia Uniwersytetu w Tufts, i jego współpracownicy bardzo dokładnie przyjrzeli się badaniom nad witaminą D prowadzonym w związku z nadciśnieniem, chorobami układu krążenia i cukrzycą typu 2. Doszli do wniosku, że nie ma klinicznych dowodów na to, że wysokie dawki witaminy mogą wpływać na stan zdrowia badanych. Określili oni witaminę D jako „obiecujący, ale nie do końca zbadany” nowy czynnik mogący znaleźć zastosowanie w leczeniu ww. schorzeń. Pytanie tylko, czy w tym przypadku przeprowadzenie standardowych testów klinicznych jest w ogóle możliwe.
Trudna metodologia
Problem wynika z samego charakteru badanej substancji. – Znacznie łatwiej jest badać leki niż mikroelementy, witaminy i składniki odżywcze, ponieważ w przypadku leków wszyscy badani startują z tego samego poziomu – zero – mówi Plotnikoff. – W przypadku witamin poziom ten bywa różny i zależy od tak wielu czynników, że trudno tu przyjąć jakąkolwiek ujednoliconą wartość startową. Podobnie trudno jest ustalić ewentualne dawki – to również wymaga bardzo indywidualnego podejścia. I wreszcie pozostaje problem obserwowania efektów. W przypadku leków wszystko może zostać bardzo precyzyjnie ukierunkowane, efekty zaś są widoczne i mierzalne. Działanie witamin i mikroelementów jest dużo bardziej subtelne, może też być mocno rozłożone w czasie, bardziej długofalowe. To rodzi naprawdę spore problemy i wymaga od badaczy znacznie więcej cierpliwości i inwencji. – Problemem może okazać się również przejście od obserwacji i wniosków teoretycznych do decyzji o praktycznym wykorzystaniu tej wiedzy – mówi dr Ethan Balk z Centrum Badań Klinicznych Ośrodka Medycznego w Tufts.
Nikt się nie śmieje
Jedno jest pewne: problemu już nikt nie lekceważy i publiczna debata na temat rzeczywistej skuteczności i zalecanych dawek witaminy D z pewnością nabierze rozpędu. Nie ma wątpliwości co do tego, że obecnie mieszkańcy USA mają dużo niższy poziom witaminy D we krwi niż 20 lat temu. Problem dotyczy zwłaszcza ludzi rasy czarnej, a także tych, którzy ulegli kampanii strachu przed ultrafioletem i chronią się przed słońcem na wszelkie możliwe sposoby. Eksperci ds. żywności i żywienia wskazują również na fakt, że żywność zawiera coraz mniej witaminy D i wapnia. Powodem jest unifikacja jej produkcji oraz masowe stosowanie nawozów.
Jednak głównym powodem niedoborów jest zmiana stylu życia przeciętnego mieszkańca USA (choć można to zapewne odnieść do większości krajów wysoko rozwiniętych) – ludzie coraz mniej czasu spędzają na zewnątrz, są również coraz mniej aktywni...
Jednak głównym powodem niedoborów jest zmiana stylu życia przeciętnego mieszkańca USA (choć można to zapewne odnieść do większości krajów wysoko rozwiniętych) – ludzie coraz mniej czasu spędzają na zewnątrz, są również coraz mniej aktywni, co skutkuje między innymi zwiększonymi statystykami odnośnie do otyłości, problemów ze stawami i wszystkich dolegliwości związanych z siedząco-leżącym trybem życia.
Kardiolog Diane Wallis to jedna z dość licznej grupy lekarzy, którzy wciąż zamierzają regularnie badać zawartość witaminy D we krwi swoich pacjentów – mimo że nie ma twardych dowodów na jej lecznicze działanie w specjalności, którą reprezentuje. – W tym momencie stoimy w pewnym sensie na progu – mówi dr Wallis, na co dzień pracująca w specjalistycznej klinice kardiologicznej w Downers Grave w stanie Illinois. Już 10 lat temu zauważyła ona zależność pomiędzy poziomem słonecznej witaminy a częstotliwością bólów w klatce piersiowej, które nie miały bezpośredniego źródła w problemach natury kardiologicznej. – Wtedy, 10 lat temu, kiedy ktoś słyszał, że zajmuję się badaniem poziomu jakiejś witaminy, widziałam pobłażliwe uśmiechy – mówi Wallis. – To było bezpośrednio po tym, jak badania kliniczne obaliły mit „cudownej” witaminy E i na samo słowo „witamina” wszyscy reagowali podobnie. Jednak teraz czasy się zmieniają i do wielu osób z mojego środowiska dociera fakt, że witamina D może być faktycznie ważna. W każdym razie nikt już nie lekceważy tej sprawy – i nie ma już pobłażliwych uśmieszków…
Źródło:
www.healthzone.ca
Od redakcji
Od wielu lat zarówno redakcję „Solarium” i portal www.zdroweopalanie.pl zaliczyć można do gorliwych promotorów dobroczynnego działania witaminy D. Liczne doniesienia naukowców i zdrowy rozsądek podpowiadają, że jest to rzeczywiście swoiste panaceum – i niedostatek badań klinicznych nie jest w tym przypadku czynnikiem dyskwalifikującym. Jednak te głosy rozsądku i tonowanie zbyt entuzjastycznego podejścia bardzo cieszą. Dlaczego? Przede wszystkim hurraoptymizm związany z witaminą D skręcił w nieco niebezpiecznym kierunku. Do pewnego momentu Holick i inni zwolennicy witaminy D mówili, że jednym z głównych problemów decydujących o braku jej popularności jest fakt, że nikt nie ma interesu w promowaniu substancji, którą najlepiej i najzdrowiej jest pozyskiwać zupełnie za darmo. A ponieważ biznes nie znosi próżni i nie zagospodarowanych terenów – znaleziono sposób na zarabianie na witaminie D. Chodzi oczywiście o suplementację. W ostatnim roku pojawiło się mnóstwo różnych publikacji na ten dotychczas zaniedbywany temat. Jednak większość z nich łączy jedno – niemal całkowicie pomijany jest fakt, że organizm ludzki potrafi witaminę D produkować samodzielnie, tylko pod wpływem promieni UVB. Sporo natomiast pisze się o dawkowaniu w formie syntetycznej. Zwolennicy zmasowanej suplementacji zdają się zapominać o jednej bardzo istotnej kwestii. Jeśli przyjąć, że witamina D to de facto hormon, to przyjmowanie suplementów ją zawierających jest po prostu terapią hormonalną. A to już zupełnie inna kategoria niż banalne łykanie witamin czy nawet przyjmowanie „zwykłych” leków. Dlatego właśnie pocieszający jest sceptycyzm i ostrożność środowisk naukowych i domaganie się większej ilości testów klinicznych, które by wskazały na faktyczną skuteczność witaminy D i pełne spektrum jej działania – szczególnie właśnie w formie syntetycznej. O ile w przypadku przywoływanych już witamin E i C ewentualne niebezpieczeństwo przedawkowania czy przyjmowania niezgodnie z przeznaczeniem było stosunkowo niewielkie, o tyle w przypadku hormonu może mieć poważne następstwa. W tym momencie mówi się jedynie o typowych objawach zatrucia – wymiotach, gorączce, utracie apetytu, bólach głowy. Pytań pozostaje wiele. Jaka jest faktycznie maksymalna bezpieczna dawka dla przeciętnej osoby dorosłej – 1, 5 czy 10 tys. IU? Kto powinien uważać szczególnie, jakie są przeciwwskazania do przyjmowania suplementów? Kogo objąć ewentualnym programem? I w jaki sposób wykorzystać naświetlanie ultrafioletem w ewentualnej terapii? W ostatnim czasie pojawiło się kilka doniesień o rozpoczęciu poważnych (również ze względu na poważne zaangażowane w to środki finansowe) badań nad witaminą D. Można mieć nadzieję, że naukowcy (o ile będą faktycznie niezależni) bardzo wyraźnie, jednoznacznie i w sposób nie pozostawiający żadnych wątpliwości wskażą najlepszy sposób pozyskiwania tego hormonu. W skład grup badawczych wchodzą również specjaliści mający bardzo dokładnie przyjrzeć się syntezie witaminy D pod wpływem ultrafioletu. Paradoksalnie największym problemem jest fakt, że jest to wciąż jeszcze źródło darmowe, za którym nie stoją żadne grupy nacisku wyposażone w zasobne konta – w przeciwieństwie do producentów suplementów. Mimo wszystko jednak pozostaje – naiwna być może – ale jednak wiara w naukową rzetelność i niezależność.
Opracowanie:
Michał Domański