Strona główna | Spis treści |Archiwum
Zdrowie czy biznes?
Natura wyposażyła człowieka w mechanizm, który powoduje przyciemnianie koloru skóry pod wpływem promieni słonecznych. Czy jest to wypadek na drodze ewolucji czy naturalny mechanizm umożliwiający nam dopasowanie się do strefy klimatycznej, w której żyjemy? Odpowiedź jest oczywista, ale chyba nie dla twórców kampanii antysłonecznych. Rodzi się zatem kolejne pytanie – czy czegoś nie wiedzą, o czymś zapomnieli, czy wolą po prostu nie wiedzieć i nie pamiętać, bo komuś na tym bardzo zależy?
Pośpiech i manipulacja
Zbyt szybkie wyciąganie wniosków to typowa przypadłość „badaczy” złego wpływu słońca i solarium na nasze zdrowie i powiązania tegoż ze statystykami zachorowalności na raka w ostatnich 30 latach. To, że kobiety chorują na raka skóry częściej niż mężczyźni, można wytłumaczyć na dwa różne sposoby. Przeciwnicy słońca, patrząc na statystykę, powiedzą: kobiety częściej się opalają i dlatego chorują! Z kolei zwolennicy słońca i teorii ewolucji wraz z naukowcami udowodnią, że mężczyźni przeważnie dłużej przebywają na słońcu i tym sposobem syntetyzują na przestrzeni całego roku więjacej witaminy D3. Dzięki temu wzmacniają swój układ odpornościowy, co z kolei chroni przed chorobami nowotworowymi.
Kto ma rację? Bez sfinansowania odpowiednich badań nie otrzymamy jednoznacznej odpowiedzi. Już dziś możemy jednak przypuszczać, że w świecie, w którym rządzi pieniądz, szybciej znajdziemy kogoś zainteresowanego tym, aby bezpłatne słońce było szkodliwe. Tym bardziej, jeśli można na tej szkodliwości zrobić interes. Czy zatem los słońca i solarium jest przesądzony? Można się tego obawiać, jeśli nawet sanepid podpisuje się oficjalnie pod tym, że słońce możemy porównać z azbestem i papierosami. Rodzi się pytanie: czy pracownicy takiej instytucji jak sanepid nie potrafią myśleć logicznie, rozsyłając pisma do wszystkich salonów w Polsce? Czy musimy powielać błędy biurokratów, którzy bezmyślnie zakwalifikowali słońce i solarium do pierwszej grupy produktów rakotwórczych (gdzie na pierwszym miejscu znajdziemy właśnie azbest). Jeśli podczas prac dotyczących kwalifikacji solarium do grupy produktów niebezpiecznych nie wzięto pod uwagę uwarunkowań genetycznych ani też koloru skóry (fenotypu) pacjenta, to czy mają one jakiekolwiek znaczenie? Dodatkowo statystyka dotyczyła tylko ludzi chorych, a nie zdrowych, których kąpiele słoneczne mogły uchronić od zachorowania na raka, poprzez utrzymanie wysokiego poziomu witaminy D3 w ich krwi. Te aspekty pominięto – wygląda na to, że komuś pilnie zależało na takiej klasyfikacji i do jej przeprowadzania wystarczyły chęci, a nie posiadany materiał. Czy ktoś się zastanowił, dlaczego istnieje taka lista i czym faktycznie skutkuje pojawienie się danego produktu na niej? Czym zaowocowało pojawienie się na niej samego słońca, solarium, czerwonego wina czy też solonego śledzia? Kto zrobił interes, rozgłaszając to wszem wobec ? Do takiego rozgłoszenia należało zaangażować sporo energii i środków, zresztą nadal się angażuje. W imię czego jest to robione? Czy ktoś od samego początku wiedział, co robi, wymuszając pochopną kwalifikację solarium w grupie pierwszej, czy po prostu we właściwym momencie wykorzystał przypadkową i z założenia błędną klasyfikację w celu osiągnięcia poprawy swoich wpływów. Bez względu na to, jak do tego doszło, obydwa rozwiązania uznać można za nieetyczne. Niestety, takich przypadków jest na świecie więcej i dotyczą one pewnie każdej branży, w której zaistniał konflikt interesów.
Czy zdrowe opalanie jest możliwe?
To pytanie, na które można odpowiedzieć na kilka różnych sposobów. Jakość i logika udzielanej odpowiedzi będzie zależała od stopnia zaangażowania autora w zgłębienie tematu i uwzględnienie praw dotyczących ewolucji człowieka. Z doświadczenia ostatnich miesięcy wiemy jednak, że do napisania tekstu o solarium nie trzeba wiedzieć nic poza tym, że opalanie jest szkodliwe, zabójcze i niebezpieczne. Niestety, często właśnie na to czeka czytelnik – bo i na co ma czekać, skoro takimi informacjami karmiony jest niemal codziennie? Tymczasem opalanie jest nie tylko zdrowe, ale i niezbędne do życia – czy się to komuś podoba, czy nie. Bez słońca nie byłoby życia na ziemi, nie byłoby ani ludzi, ani roślin. Nikt o zdrowych zmysłach nie powinien się nad tym zastanawiać i krytykować opalania. Należy pamiętać, że to nie tylko powstawanie brązu, lecz trzy inne procesy zachodzące w naszej skórze pod wpływem energii, którą niosą ze sobą niewidoczne promienie ultrafioletowe. Jednym z nich jest kluczowa dla naszego zdrowia synteza witaminy D3. To hormon odpowiedzialny nie tylko za przyswajanie wapnia przez organizm, ale i za poprawną pracę układu odpornościowego chroniącego nas przed chorobami – w tym również nowotworami. Nie są to puste słowa czy domysły, lecz informacje oparte na wynikach badań naukowców. Kto, kiedy i ile się powinien się opalać, gdzie, w jakich warunkach? Na te pytania może odpowiedzieć światłoterapeuta, który posiada odpowiednią wiedzę na temat wpływu światła i promieni ultrafioletowych na nasz organizm. To, że takich ludzi nie ma zbyt wielu, nie może być powodem wyżywania się na słońcu i solarium. To, czy słońce i solarium będzie zdrowe czy nie, zależy tylko od tego, w jaki sposób będziemy korzystać z tych dobrodziejstw. Czy podejdziemy do opalania z głową, czy też opalać będziemy się nadal na żywioł, jak to często robimy choćby na wakacjach? Czy będziemy mieli świadomość skutków przedawkowania UV i co tą świadomością zrobimy? Czy będziemy posiadać wystarczająco dużo ogólnej wiedzy na temat słońca i jego wpływu na nasze życie? Tej wiedzy, którą posiadają naukowcy zajmujący się witaminą D3, a nie kosmetolodzy i ogromna część dermatologów traktująca człowieka jako chodzącą skórę.
Główny problem
W przypadku opalania podstawowym problemem jest ogólny brak wiedzy na temat zjawisk zachodzących w naszej skórze podczas jej ekspozycji na ultrafiolet. Gdyby społeczeństwo tę wiedzę posiadało, nikt nie wygłupiałby się z akcjami demonizującymi słońce i solarium. Niestety, w tym momencie wydaje się, że nikt tej świadomości nie ma, poza osobami, które zajmują się na co dzień witaminą D3 oraz światłoterapią. Istnieje również grupa właścicieli i pracowników salonów solaryjnych, która wzięła udział w pionierskim projekcie Akademii Światłoterapii Estetycznej. Osoby te zyskały wiedzę na temat roli słońca w życiu człowieka z ust fachowców zajmujących się na co dzień tematyką słońca, ultrafioletu i skóry. Skorzystały z wiedzy biologa, fizyka, lekarza, dermatologa oraz onkologa. Wszyscy oni przestrzegali przed nadmiarem UV, ale nie zabraniali kategorycznie opalania – zarówno na plaży, jak i w profesjonalnie prowadzonym solarium.
Zdrowo czy nie?
O tym, czy dane solarium jest profesjonalne, a co za tym idzie – zdrowe, decyduje właściciel, który powinien znać się na tym, co robi. To w jego gestii leży zatrudnienie i edukacja personelu, który będzie pracował w jego salonie, oraz dobór urządzeń i lamp, na których będzie opalał się jego klient. To on decyduje o tym, jak będzie wyglądała obsługa nowego klienta i jak się będzie podchodzić do przestrzegania zasad bezpiecznego korzystania z naświetlań promieniami UV. To on ustala standard usług, ich ceny i wysokość wynagrodzenia personelu. Jeśli więc komuś zależy na tym, aby w branży było lepiej i by media lepiej ją postrzegały, to nie pozostaje nam nic innego, jak zacząć od siebie. Nie ma co czekać na ruchy producentów i dystrybutorów, nie mających tak dużego wpływu na postrzeganie tej branży. Kontakt z klientem odbywa się w salonie i tam trzeba kształtować poziom świadomości społeczeństwa na temat opalania. Solarium jako urządzenie jest efektem rozwoju techniki, myśli twórczej, poszukiwań alternatywy dla społeczeństwa unikającego słońca. Człowiek na przestrzeni tylko 30 ostatnich lat ograniczył o ponad połowę swój kontakt ze słońcem. Dodatkowo rozwój komunikacji lotniczej stworzył możliwość stosunkowo łatwego przemieszczania się z kontynentu na kontynent, a tym samym zmiany strefy klimatycznej. Do takich gwałtownych zmian skóra nie jest przystosowana – na przykład skóra rodowitego Anglika nie jest dostosowana do życia w słonecznej Australii. Dlatego nikogo nie powinien dziwić wysoki poziom zachorowań na raka skóry odnotowywany w tym kraju. Wystarczy sprawdzić, czy w statystyce tej znajduje się chociażby jeden przypadek zachorowania na tę chorobę przedstawiciela ludności rdzennej tego kontynentu. Dzięki dalekim podróżom możliwość poparzenia słonecznego podniosła się wielokrotnie. Często nie jesteśmy świadomi, jak sobie szkodzimy, parząc swoją skórę podczas słonecznych urlopów w odległych krajach, czy nawet w Polsce podczas upalnego lata. Nawet jeśli korzystamy z kremów o wysokich faktorach, szkodzimy swojej skórze, jeśli nie jest ona do opalania odpowiednio przygotowana. Co gorsza – podczas urlopu wielu ludzi uważa poparzenie słoneczne za jeden z nieodzownych elementów towarzyszących wyjazdom nad egzotyczne morza.
Jeśli podejdziemy do opalania z głową, to osiągniemy wszystkie zamierzone efekty bez względu na to, czy opalać będziemy się na plaży czy w solarium. Warunkiem osiągnięcia tych efektów będzie jednak nasze przygotowanie i wiedza na temat opalania oraz to, czy salon, z którego usług skorzystamy, będzie przygotowany do świadczenia profesjonalnych usług.
Poparzenie, nie opalanie
To nie opalanie samo w sobie jest szkodliwe, lecz poparzenia słoneczne. Najgorsze są wtórne poparzenia, wynikające z eksponowania na promienie UV podrażnionej, a nawet poparzonej skóry. To często czynimy na urlopie, wmawiając sobie, że zasłużyliśmy sobie na te kilkanaście słonecznych dni naszą całoroczną ciężką pracą od rana do wieczora. To właśnie dlatego, że nie mieliśmy czasu w całym roku na słońce, teraz musimy zatankować go jak najwięcej. Zapominamy jednak, że organizm nie lubi skrajności. Z jednej strony nagradzamy się słońcem, z drugiej – skazujemy się sami na to, że pomimo użycia kremu z filtrem znacznie postarzamy swoją skórę. Jeśli dopuścimy do przedawkowania, podnosimy znacznie ryzyko zachorowania na nowotwór skóry. A wszystko to z powodu braku podstawowej wiedzy na temat opalania. Smutne jest również to, że żadna organizacja państwowa nie jest zainteresowana rozpowszechnianiem tej wiedzy. Zamiast tego rozpowszechnia się informacje oparte na domysłach i statystykach, którymi każdy może w zależności od własnych potrzeb manipulować. Zdrowe opalanie to takie, w którym poddajemy naszą skórę w sposób świadomy na działanie określonego i sprawdzonego pod względem działania promieniowania UV. Zdrowe opalanie to również takie, w którym zachowujemy wszelkie środki ostrożności i nie dopuszczamy w żadnym wypadku do przedawkowania promieni, prowadzącego do podrażnienia lub poparzenia naszej skóry. Zdrowe i logiczne opalanie to takie korzystanie z dobrodziejstw słońca, w którym efektów brązowienia się naszego naskórka nie żądamy za wszelką cenę i natychmiast. Jeśli chcemy się zdrowo opalać w solarium, to musimy zwrócić uwagę na rodzaj lamp oraz umiejętne indywidualne dla każdego dopasowanie czasu ekspozycji do rodzaju skóry. Jeśli solarium posiada melanometr, może się to w odbyć pełni automatycznie, jeśli nie, możliwe jest po przeprowadzeniu szczegółowego wywiadu z klientem. Do przeprowadzenia takiego wywiadu personel powinien być dobrze przygotowany. Dodatkowo lampy, na których się opalamy, powinny posiadać odpowiednią charakterystykę promieni, umożliwiającą efektywną syntezę witaminy D3, a ich moc lub czas opalania składający się na dawkę UV, jaką podczas jednego seansu otrzymuje skóra klienta, nie może przekraczać tej określanej mianem 1 MED, czyli prowadzącej do zaczerwienienia się skóry. Spełnienie wszystkich tych warunków jest już od kilku lat możliwe, wszystko zależy tylko i wyłącznie od właściciela salonu. Pamiętajmy, że zarówno proces syntezy witaminy D3, jak i melanogeneza nie są procesami wyczuwalnymi przez człowieka. Jeśli czujemy ból, dyskomfort, pieczenie czy świąd skóry po opalaniu, to jest to oznaka przedawkowania, co może oznaczać również to, że samo opalanie staje się niezdrowe, a nawet bardzo niebezpieczne, jak to się ma w przypadku opalania podrażnionej skóry.
Wbrew naturze
Filtry zawarte w preparatach ochronnych zabezpieczają nas jedynie przed poparzeniem – poprzez odfiltrowanie promieni z pasma UVB. Tym samym ograniczamy jednak syntezę witaminy D3. W przyrodzie nic nie dzieje się bez przyczyny i skutku. Poprzez wydłużenie czasu „bezpiecznej” ekspozycji, które obiecują producenci preparatów mających na celu zadbanie o wygląd naszej skóry i nasze zdrowie, doprowadzamy do znacznego postarzenia naszego naskórka. Znacznie zdrowsze byłoby 20-minutowe opalanie bez kremu z filtrem (nawet w pełnym słońcu) i przejście po tym czasie do cienia. Duża ilość promieni UVA padających na naszą skórę podczas „bezpiecznego” opalania z kremem ochronnym może doprowadzać do eliminowania (niszczenia) znajdującej się w naszej skórze biernej formy witaminy D, której prekursorem jest znajdujący się w naszej skórze cholesterol. To właśnie cholesterol sprawia, że podczas kąpieli słonecznych podnosimy swoją odporność. Nasz organizm zbudowany jest w bardzo przemyślany i logiczny sposób, umożliwiając na drodze ewolucji wspaniałe współżycie niezliczonym miliardom komórek. Procesy polegające na niszczeniu jednych form po to, by przekształciły się w inne, bardziej potrzebne dla naszego życia, są całkiem normalne, a więc nie wpadajmy w panikę, jeśli kosmetolodzy lub dermatolodzy odkrywają proces polegający na niszczeniu i próbują go na siłę odwrócić. Zarówno znienawidzone wolne rodniki, jak i zabójczy cholesterol są nam niezbędne do życia i warunkują koegzystencję naszych komórek oraz ciągłość procesów życiowych.
Brąz i nie tylko
Powstawanie powierzchownego brązu to proces bardzo szybki, polegający na utlenianiu pigmentu istniejącego już w skórze. Efekt widoczny jest bezpośrednio po opalaniu. Z kolei zbudowanie trwałej opalenizny, chroniącej nas przed nadmiarem słońca, to proces długotrwały. Jego wizualne efekty uzależnione są od szybkości złuszczania się naszego naskórka. Aby efekty zdrowego i naturalnego opalania były w pełni widoczne, potrzebny jest okres kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu dni. To właśnie dlatego często uważamy, że w solarium nie można się opalić tak jak na wakacjach. Błąd myślowy polega na tym, że w solarium oczekujemy efektu natychmiast i nie jest to ten sam efekt, który widzimy po dwóch tygodniach spacerowania po egipskiej plaży. Jeśli podejdziemy do opalania z głową, to osiągniemy wszystkie zamierzone efekty bez względu na to, czy będziemy się opalać na plaży czy w solarium. Warunkiem osiągnięcia tych efektów będzie jednak nasze przygotowanie i wiedza na temat opalania oraz to, czy salon, z którego usług skorzystamy, będzie przygotowany na świadczenia profesjonalnych usług. Musi on posiadać odpowiednie urządzenia, wykwalifikowany personel oraz lampy dopasowane do indywidualnych potrzeb i skóry klienta. Uwaga! Czasami jeden rodzaj lamp może po prostu nie wystarczyć. Opalanie zarówno na plaży, jak i w solarium będzie zdrowe tylko wtedy, jeśli postaramy się naśladować naturę i plan opalania dopasujemy do konkretnego organizmu. Oczywiście lampy zawsze będą szybsze niż słońce, dlatego bardzo uważnie trzeba dobierać długość i częstotliwość sesji. Częstotliwość opalania (np. co drugi dzień) i dokładnie dobrana dawka nie powodująca poparzeń, a jednocześnie tak wysoka, aby gwarantować aktywację melanocytów – to recepta na sukces. Jeśli ktoś chce się opalać w czasie krótszym, musi on sam zdecydować o tym, czym chce ryzykować. Jedno jest pewne – jeśli doprowadzi do poparzenia, zaryzykuje swoim zdrowiem, nie uzyskując wcale szybszych efektów. Wręcz przeciwnie: jego skóra, zamiast produkować pigment w sposób naturalny i spokojny, będzie musiała zmienić priorytety i zająć się walką z poparzeniami, używając do tej walki sporej ilości wody, którą można byłoby użyć przy produkcji pigmentu i naturalnych procesów regeneracji, przebiegających każdorazowo po opalaniu się.
Szybciej nie znaczy lepiej
Wiedza na temat opalania może wpłynąć bardzo pozytywnie na zmianę sposobów zachowania się naszych klientów. Dowodem na to jest choćby przeszłość naszej branży. Jak wyglądało opalanie w latach dziewięćdziesiątych? Opalaliśmy się na lampach o mocy 80 i 100 W. Ich charakterystyka była podobna do lampy standardowej, a ogólna ilość emitowanego ultrafioletu co najmniej o połowę niższa od dzisiejszej. Seanse trwały przeważnie 20, nawet 30 minut. Nikt w tych czasach nie protestował, nikt nie szukał mocniejszych lamp, nikt nie narzekał, że nie ma tyle czasu. Ludzie zapisywali się do kolejek, w salonie trudno było o miejsce „od ręki”. Nikt nie miał pretensji, jeśli wychodząc po pierwszej czy nawet drugiej wizycie w solarium, nie widział efektów. Klient pytał grzecznie, jak długo trzeba czekać na efekt. Jeśli ktoś znał się na rzeczy i potrafił wytłumaczyć, na czym polega zdrowe i naturalne opalanie, nie było żadnego problemu. Co się zmieniło? Może to my sami straciliśmy potrzebę zatrudniania fachowego personelu i ograniczyliśmy się do nauki jak najszybszego wciskania guzików? Czy to przyspieszanie przyniosło oczekiwane efekty? Można powiedzieć, że zamiast profesjonalizacji usług wraz z rozwojem rynku zadbaliśmy jedynie o to, aby nasze urządzenia były piękniejsze, mocniej opalały w coraz bardziej atrakcyjnych (dla klienta) cenach. Zapominając o kształceniu personelu i samych siebie, wpadliśmy we własne sidła, które bez skrupułów wykorzystały choćby media, wyżywając się na opalaniu i solariach.
Zagadkowa skala problemu czerniaka
Mamy dzień walki z czerniakiem, głośno mówi się również o rosnących statystykach zachorowania na raka skóry. Tymczasem mówiąc o raku skóry, mało kto ma na myśli czerniaka, lecz całkiem co innego – raka podstawnokomórkowego. Czerniak to choroba nowotworowa melanocytów i w przeciwieństwie do raka podstawnokomórkowego skóry prowadzi często do przerzutów i śmierci pacjenta. Ilość przypadków czerniaka w żadnym razie nie uzasadnia szumu medialnego, jaki się wokół niego robi. Co więcej – badanie przeprowadzone przez znanego norweskiego naukowca Johana Moana dowiodły, że ludzie, którzy mają częsty kontakt ze słońcem, rzadziej zapadają na czerniaka, a jeśli już zapadną, to szanse na przeżycie tej choroby są powiązane z poziomem słonecznej witaminy D3 w chwili zachorowania. Ludzie unikający słońca i cierpiący tym samym na niedobór słonecznej witaminy D3 mają nie tylko większą szansę zachorowania na choroby nowotworowe, wraz z czerniakiem, ale jeśli już zachorują, to ich tragiczny koniec choroby jest dużo bardziej prawdopodobny aniżeli tych, którzy słońca nie unikali. Naturalnie nie próbujemy dyskutować na temat powagi tej choroby. W 60% przypadków kończy się ona dziś śmiercią pacjenta, choć – jak w przypadku wielu innych nowotworów – jest to często wina spóźnionej diagnozy. Wcześniejsze wykrycie tej choroby obniżyłoby wielokrotnie statystyki umieralności na ten rodzaj nowotworu. Dla nas – branży solaryjnej – najważniejsze jest jedno: wśród ofiar tej rzeczywiście strasznej choroby niewiele jest osób, które korzystają z solarium! Są to w większości osoby o jasnej skórze, które z zasady unikają słońca, ponieważ stosunkowo szybko ulegają poparzeniom. Z wywiadów wynika, że duże znaczenie mają genetyczne uwarunkowania do zapadania na choroby nowotworowe. Kto więc i w imię czego stoi za tym, aby tak agresywnie wzmacniać kampanie antysłoneczne i antysolaryjne, jeśli zarówno słońce, jak i solarium nie stwarza zagrożenia dla zdrowia, a tym bardziej życia człowieka? ] Wręcz przeciwnie – brak słońca i naturalnie syntetyzowanej witaminy D3 może przyczynić się do powstawania wielu groźnych chorób, wśród których nowotwory złośliwe płuc, piersi czy gruczołu krokowego widnieją na czołowych pozycjach statystyk umieralności. Do tego dochodzą: osteoporoza, cukrzyca, stwardnienie rozsiane, choroby wieńcowe i cała rzesza innych schorzeń, przed którymi chroni utrzymywanie stałego poziomu witaminy D. Takie są niestety skutki „walki z czerniakiem”. Czy na pewno jest ona prowadzona w imię naszego zdrowia?
Leszek Kryniewski